Nad Via Augusta

    Would you like to know what’s going on in the Tournament 2017 Finals?
    Keep yourself updated by reading "The Corner"!

    • Nad Via Augusta

      Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy moje stopy stanęły w tarrakońskiej Valentii. Urok tego miasta zachwycił mnie od razu. Przyglądając się okolicy z zadowoleniem stwierdziłam, że mój wybór był słuszny. To miejsce jest wymarzone do życia. Otworzył się przede mną kolejny rozdział. Pojawiły się też wątpliwości. Czy sobie poradzę tak z dala od domu, przyjaciół? Rzecz w sumie dość naturalna. Myślami wróciłam do rodzinnego domu na Krecie, zabaw z kuzynami, chwil spędzonych z rodziną, opowieści ojca. Jak bumerang wróciły wspomnienia te przykre i smutne, wspomnienia które zadecydowały, że dalszą część życia mam spędzić tu, w Valentii. Wspomnienia, które przez wiele czasu starałam się wyrzucić z mej głowy. Jak widać nadaremnie. Nie! Tak być dalej nie mogło. Nie po to przebyłam te tysiące mil, żeby teraz co robić? Tęsknic i się poddać? To nie byłoby do mnie wcale podobne. Musiałam zamknąć tamten etap, oddzielić go gruba kreską. Nadeszły nowe czasy i tylko to powinno... i tylko to ma teraz znaczenie. Dość przeszłości! Jest teraźniejszość, a za nią przyszłość. Która chociaż raz będzie zależeć już tylko ode mnie. Musiałam szybko zająć się innymi rzeczami, by skierować myśli na zupełnie nowe tory. Najlepszą rzeczą do tego celu było zapoznanie się z nowym domem położonym niedaleko miasta. Zerknęłam ponownie na mapę, po czym dawszy służbie znać podążyłam w wybranym kierunku.

      Piasek nie zdążył przesypać się w klepsydrze, gdy moim oczom ukazała się całkiem spora posiadłaś. A właściwie willa. Która pomimo położenia w sąsiedztwie Mare Internum była rusticą. Od frontu prezentowała się wspaniale. Ogród, który otaczał dom był nieco zaniedbany, jednakże wciąż widać było, że kiedyś musiał wyglądać przepięknie i być dumą gospodarza. Oglądanie wnętrza domu zostawiałam sobie na później. W ramach odpoczynku zdecydowałam pójść na pobliską plażę, by podziwiać zachód słońca... Służba w tym czasie miała rozpakować moje bagaże.

      Lubiłam takie widoki. Zwłaszcza moment, gdy złocisty-czerwony rydwan Sola skrywał się za horyzontem. Dla wielu było to zupełnie niezrozumiałe. Dla nich dzień dobiegał końca. Nie rozumieli mnie i jak mogę dostrzegać coś tak urokliwego. Ta odmienność z biegiem czasu coraz bardziej dawała mi się we znaki. Kolejny powód do zmiany otoczenia.

      Na obecne otoczenie nie mogłam już narzekać. Posiadłość połączana była z dużym obszarem ziemi, który także na mocy umowy należał do mnie. Już w myślach planowałam jej zagospodarowanie... To jednak w przyszłości. Teraz trzeba doprowadzić dom do ładu - brak gospodarza zaczął dawać o sobie znać. Podobnie jak i w przylegającym do budynku ogrodzie. Tu też roślinność od dawna nie widziała ręki człowieka. Zdziczałe krzewy, poprzerastane drzewa, mnóstwo chwastów. Układ roślin pozwalał przypuszczać, że kiedyś było to przepiękne miejsce, jednak aby nim stało się ponownie potrzeba było dużo czasu. Ale to też nie teraz. Setki tysięcy myśli krąży mi po głowie. Do tego jeszcze cała ta podroż. Nie. Spokojnie. Dam sobie na dziś z planami spokój. Jutro tez jest dzień. A dziś?
      - Pani, posiłek gotowy - głos niewolnicy skutecznie wyrwał mnie ze sfery rozmyślań.
      W zasadzie, to wcale nie był zły pomysł. Byłam tak zajęta oglądaniem nowego domu, że całkowicie zapomniałam o głodzie, który doskwierał mi od momentu opuszczenia pokładu statku, a teraz ponownie dał o sobie znać.
      - Już idę - odrzekłam, kierując kroki w stronę wejścia do willi.
      Po długiej podróży statkiem, dobrze wreszcie było zjeść coś porządniejszego. Nic więc dziwnego, że senność dość szybko mnie ogarnęła nie pozwalając do końca obejrzeć mojej nowej własności. Przechodząc do sypialni zauważyłam, że wiele rzeczy wymaga poprawek i odświeżenia. Wedle zapewnień handlarza willa miała być w idealnym stanie. A do tego sporo jej brakowało.

      Poranek. Obudził mnie śpiew ptaków. Był głośny. Może za głośny, albo po prostu od tego odwykłam. W końcu sporo nocy spędziliśmy na statku, gdzie gwar, pokrzykiwania na niewolników, którzy nie równo wiosłowali mieszał się ze wszędobylskim skrzypieniem drewnianej konstrukcji, huku rozbijających się o nasz statek fal czy przesuwaniem się źle umocowanego pod pokładem ładunku, od którego oddzielała mnie tylko zasłona ze skór mająca zapewnić odrobinę prywatności. Prywatności, za którą musiałam zapłacić nieco sestercji, a o której inni, znacznie ubożsi pasażerowie mogli tylko pomarzyć.

      Było na tyle wcześnie, że z poranną toaletą czy uczesaniem nie musiałam się zanadto spieszyć. I dobrze. Codzienne misterne układanie kosmyków włosów, które niesfornie wymykały się mojej służce, zajmowało mnóstwo czasu. Do tego potem makijaż. Dziś jednak postanowiłam tylko poprzestać na nałożeniu niewielkiej ilości kredowego pudru. Delikatne rozjaśnienie było według mnie odpowiednie. Praktycznie z obrzydzeniem wspominam rzymskie damy spacerujące po uliczkach Rzymu o twarzach białych niczym mąka - tamtejszy powód do dumy.

      Do centrum Valentii nie było daleko. Co prawda miasto tętniło życiem, ale wyraźnie czegoś tu brakowało. Sprawiało wrażenie smutnego. Nawet dla niewprawionego oka widoczne było, że czas odcisnął swoje piętno na budynkach, ulicach, obwarowaniach miejskich. Garnizon miejski także pozostawiał wiele do życzenia nie tylko od strony technicznej, ale i dyscypliny wśród żołnierzy, którzy tu i ówdzie pozwalali sobie na to i owo. Korzystali z faktu, że nikt ich nie nadzorował. Pijany dowódca spał w karczmie. Liczne burdy, grasujący wśród sklepików złodzieje. Oto obraz Valentii. Na mordę hydry. Czyżby to była sprawka jakiegoś złośliwego bóstwa? Tego nigdy nie dało się wykluczyć. Na wszelki wypadek postanowiłam zaraz po powrocie do willi złożyć ofiarę i poprosić bogów o opiekę. Podążałam dalej uliczkami miasta aż doszłam do centralnego placu. Budynki były w opłakanym stanie. Nosiły ślady ognia. Wzrok szczególnie przykuwały dwa. W jednym rozpoznałam szczątki świątyni, a drugi? Podeszłam bliżej.
      - Pewnie pani zastanawiasz się co tu było? - usłyszałam głos dobiegający zza moich placów.
      Odwróciłam się. Starszy mężczyzna zaś kontynuował - Damianus Pompeius, miejski skryba się kłania. Kiedyś była tu szkoła. Valentia miała amfiteatr, kilka świątyń, z których ostały się ruiny Ceres - mówiąc wskazał na pozostałości. - Miasto tętniło życiem, było oazą spokoju.
      - Co się stało?
      - Ubiegłej zimy zawitali do nas piraci. Złupili miasto, gdy odchodzili spalili spichlerze, magazyny i kilka innych budynków. Zostaliśmy bez żywności, ze zniszczonymi polami. Szczególne okrucieństwo było w świątyniach. Wyglądało to na wyznawców krwawej bogini Maa. Na oczach wszystkich składali ofiary z ludzi.... - podczas wypowiadania ostatniego zdania zadrżał mu głos. Nic dziwnego.
      - A prefekt?
      - Był jeszcze 3 sezony temu. Musisz pani wiedzieć, że w Tarraconensis nadal są plemiona tubylcze, które nie podporządkowały się władzy rzymskiej. Stacjonował tu co prawda legion, ale został odwołany na północną granicę Imperium. Od dawna nie mieliśmy problemów z tymi lokalnymi plemionami. Inna sprawa, że wówczas garnizon był w kompletnym składzie i coś sobą reprezentował, nie to co teraz - mówiąc wskazał na wychodzących z karczmy żołnierzy, którzy podpierając się wzajemnie mieli poważne trudności w utrzymaniu się w pozycji pionowej. - Prefekt nasz zginął w trakcie ostatniej takiej potyczki.
      - I od tamtej pory nie było nikogo godnego stanowiska prefekta miasta?
      - Było kilku kandydatów, ale Tarraconensis to specyficzna prowincja. Żyje własnym trybem. Wieści z Rzymu docierają tu z dużym opóźnieniem. O ile w ogóle docierają. Ludność tu zupełnie inna niż w innych częściach Imperium. Trzeba nauczyć się tą inność akceptować. Jeśli się tego nie zrobi - nie wytrzyma się tu długo. Prefektura stoi pusta - wskazał na budynek znajdujący się naprzeciwko zniszczonej szkoły.
      Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Może to jednak nie złośliwość, a celowość? Czyżby wolą bogów było, bym ja się nim zaopiekowała? Wszystko na to wskazywało. Niech tylko powrócę do domu, od razu wyślę posłańca do tutejszego namiestnika z podaniem o przydzielenie mi prefektury.
      Jeśli bogowie pozwolą i moje podanie na to stanowisko będzie rozpatrzone pomyślnie, to będzie to moje biuro. No, ale na to trzeba jeszcze poczekać. Tymczasem pożegnałam się ze skrybą i kontynuowałam wycieczkę po mieście.

      Po dość długim spacerze i przyglądaniu się życiu tego miasta wróciłam do domu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Od morza powiewał jeszcze delikatny wiatr. Nie czułam się zmęczona. Pora była jeszcze dość wczesna i mogłam popracować nieco przy ogrodzie. Pracy co prawda było mnóstwo, ale to dla mnie była sama przyjemność i tak na razie nie miałam nic do roboty w oczekiwaniu na odpowiedź odnośnie mojej kandydatury na prefekta.

      Na wyniki swojej pracy musiałam jeszcze sporo poczekać. Co prawda udało mi się doprowadzić do ładu kilka krzewów, przywracając im pierwotną, jak mi się zdawało, formę. Ale to było jedynie niczym kropla wody w Mare Internum. Rozmarzyłam się nad tym, jak to będzie wyglądać za jakiś czas. Poczułam głód. Trzeba było coś zjeść. Weszłam do domu. Zapach podawanego posiłku rozchodził się po całym domu. Mój kucharz nie próżnował, a trzeba wiedzieć, że posiłki przez niego przygotowywane były przepyszne. Tak też było i teraz. Nadszedł wreszcie czas na odpoczynek. Zasłużony. Myślami wróciłam do tego, co dziś widziałam, do rozmów z mieszkańcami, spostrzeżeń. Tak, to był udany dzień.
    • Deszcz, to nie koniecznie było to coś, co miało mnie zbudzić. Zwłaszcza, gdy krople wody kapały z sufitu - wiadomy znak, że naprawę dachu też należy dopisać do listy rzeczy do zrobienia. O dalszym śnie nie było mowy. Klasnęłam dwukrotnie w dłonie. W drzwiach do sypialni pojawiła się niewolnica.
      - Tak, pani?
      - Po śniadaniu wybieram się do miasta. Przygotuj wszystko.
      - Dobrze pani.

      Wycieczka do miasta okazała się owocna. Udało mi się znaleźć ludzi do naprawy dachu, trafił się też ogrodnik. Jako że w mieście przebywał handlarz niewolnikami, zakupiłam kilku do pracy na mojej posiadłości. Minęło już nieco czasu odkąd wysłałam podanie. Powoli zaczynałam się zastanawiać czy posłaniec w ogóle dotarł.

      Wtem zadudniły końskie kopyta po bruku. Spojrzałam, kto z taką prędkością może pędzić o tej porze. Wyszłam przed dom. Osadził spienionego konia mężczyzna w średnim wieku.
      - Goniec z listem do Agnes Flavii.
      - To ja - powiedziałam i podeszłam bliżej.
      Mężczyzna podał mi list i zawróciwszy konia pognał z powrotem. Nadawcą była Claudia Venedia, kwestor prowincji. Szybko rozerwałam pieczęć i przeczytałam na głos. A więc przeczucie mnie nie myliło - tak, to była odpowiedź na moje podanie o urząd prefekta Valentii i to w dodatku rozpatrzone pozytywnie. Bardzo się ucieszyłam.
      - Gratuluję - tajemniczy głos dobiegał z boku.
      Podniosłam głowę znad listu. Ujrzałam przed sobą młodzieńca. Był to Mikeus, na którego w skrócie wołałam Mike. Jego rodzice zmarli, gdy miał 10 lat. Od tamtego czasu mieszka ze mną. Mimo niespełna 14 lat, chłopiec odznaczał się niezwykłą inteligencją i zaradnością, toteż bez obaw mogłam mu powierzać wypełnianie niektórych zadań, będąc pewna, że spisze się znakomicie. Teraz, zajęta czytaniem listu, nie zauważyłam, kiedy przyjechał. Po drodze do HT rozłączyliśmy się, bo Mike miał załatwić kilka spraw, a następnie dołączyć do mnie. Prawdę mówiąc, nie przypuszczałam, że uda mu się tego tak szybko dokonać.
      - Dawno przyjechałeś?
      - Przed paroma minutami, zdążyłem zaprowadzić znużonego konia do stajni. Widziałem posłańca jak przywiózł list.
      - Nie myślałam, że uda ci się tak szybko wszystko pozałatwiać. Spodziewałam się ciebie za tydzień.
      - Ano, to prawda. Jak widać Bogowie mi sprzyjali i to za Ich sprawą tak to wszystko szybko się odbyło.
      - Posil się najpierw, boś pewnie głodny.
      - Pewnie, że tak! - powiedział Mike i wszedł do domu.
      Usiadłam na werandzie. Zaczęłam rozmyślać nad tym, co mnie czeka jako prefekta Valentii, jakim zadaniom będę musiała sprostać, jakie trudności pokonać.
      - Od kiedy? - zagadnął Mike, wchodząc na werandę i siadając obok mnie.
      - Od jutra - odpowiedziałam - Będę musiała udać się do świątyni Jowisza i podziękować mu za to oraz poprosić o Jego boską opiekę dla Valentii.
      - Ale to już chyba jutro, bo dziś już jest za późno.
      Faktycznie. Mike miał rację. Słońce już zaszło. Na werandę wkradał się już zmrok.
      - Tak, jutro... I to przed pójściem do pracy - powiedziałam podnosząc się.
      Mike uśmiechnął się tylko. Wstał także i podążył za mną do domu.

      Gdy następnego ranka wstałam, znowu padał deszcz. Na szczęście udało się naprawić dach, więc krople kapiące z sufitu już mnie nie obudziły, a jedynie szum deszczu pośród liści okolicznych drzew. Na dworze zrobiło się stosunkowo chłodno. Zima.... No nic, bez względu na pogodę trzeba było iść do pracy. Wiedziałam, że tej mi miało nie zabraknąć. Najpierw jednak musiałam udać się do Świątyni Jowisza, spełnić swój obowiązek, jak nakazywało prawo. Przedtem należało nabyć ofiarę. Na szczecie dość szybko udało mi się znaleźć niedaleko świątyni. Oczywiście za zwierze ofiarne należało odpowiednio zapłacić, ale jak wiadomo, na ofiarach oszczędzać nie było można, jeśli chciało się zyskać łaskę bogów.

      Nie minęło pół godziny, a już stałam przed budynkiem Domu Rady Miasta. Z wyglądu przypominał senat, ale był od niego dużo mniejszy. Weszłam do środka. Tuż przy wejściu zaczepił mnie mężczyzna w średnim wieku i średniego wzrostu.
      - W czym mogę pomóc pani? - zapytał
      - Nazywam się Agnes Flavia....
      - A nasz nowy prefekt. Witamy. Jestem Darius Olivius i jeśli będziesz pani coś potrzebowała, to z radością będę służyć pomocą. Proszę tutaj jest pani biuro.
      - Dziękuję ci panie.
      Powiedziawszy to weszłam do biura i zamknęłam za sobą drzwi. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wszystko było elegancko poukładane. Widać, że ktoś dbał o porządek pod nieobecność prefekta. Na początek przejrzałam Księgę Miasta. W niej to były zapiski o budynkach, jakie się znajdują w Valentii, o wszelakich inwestycjach i na jakiem są etapie, aż wreszcie skończywszy na zapasach żywności. Jednym słowem tu znajdowało się wszystko, co dotyczyło miasta i jego mieszkańców. Jednakże w przypadku mieszkańców spis nie był od bardzo dawna aktualizowany. Pomyślałam, że przy najbliższej sposobności będę musiała się tym zająć. Dalsze przeglądanie wniosków i raportów sprawiło, że spraw do zajęcia się było już znacznie więcej. Daty zaś wskazywały, że od bardzo dawna nikt się tym nie zajmował.

      Spróbowałam posegregować je jakoś - nie bardzo to wychodziło. Wszystkie były ważne, ciężko było oddzielić te ważniejsze od mniej ważnych. Nie wiedziałam od czego powinnam zacząć - było tego tak wiele.

      Wtem rozległo się delikatne pukanie. Chwilę później pojawiła się postać Dariusa.
      - Masz gościa pani, nalegał - powiedział.
      Dałam znak, by go wpuścił.
      - Mikeus, co cię tu sprowadza? - zapytałam ujrzawszy chłopaka.
      - Za mało masz zajęcia i nie wiesz jak je rozplanować? - odpowiedział pytaniem na pytanie rozglądając się po pomieszczeniu.
      - Ano. Trochę dużo tego. Nie tak to sobie wyobrażałam.
      - A jak? Że będziesz wygodnie sobie siedzieć i nic nie robić? - śmiejąc się zażartował Mike.
      - Przemknęło mi to przez myśl - odparłam również śmiejąc się - A tak na poważnie liczyłam że będzie tego mniej. Nie wiem od czego zacząć.
      - A co tu mamy? A tak... - kontynuował przeglądając zgromadzone pisma. Po chwili dodał - zdecydowanie zacznij od najnowszych i stopniowo upewniając się, że starsze są wciąż aktualne rozpatruj je.

      W sumie pomysł był dobry... jak każdy inny zapewne w tych okolicznościach. Zająwszy się pracą nie zauważyłam, kiedy Mikeus wyszedł. Dopiero zmierzch przypomniał mi, że należało na dziś zakończyć swoje zajęcia w Domu Rady Miasta. Wychodząc spojrzałam na pozostawione pisma - część udało mi się załatwić. Była to jednak niewiele niczym kropla wody w Mare Internum. Ciekawe ile czasu zajmie mi uporanie się z tym.